Obyś cudze dzieci uczył!

Oj, to nigdy nie brzmiało jak dobre życzenia. Bo rzeczywiście nauczanie cudzych dzieci nie jest sztuką łatwą, a bywa bardzo niewdzięczną. Spokojnie, nie będzie biadolenia. Napiszę trochę o moim zawodzie i postaram się bardzo szczerze.

Dlaczego zostałam nauczycielką? Naprawdę nie z powodu długich wakacji. Po prostu od dziecka wykazywałam jakieś predyspozycje, dobrze odnajdywałam się w grupie i grupa dość często to doceniała. W podstawówce pani parę razy wysyłała mnie do młodszych klas, żebym tam prowadziła lekcje. To mnie nobilitowało i podobało mi się. Może poczułam słodki smak władzy bez domieszki goryczy odpowiedzialności. Może i tak. Pewnie moje późniejsze działania podświadomie i świadomie podejmowane skierowały mnie do zawodu nauczyciela. Nie żałuję swojego wyboru, mimo że wiele razy życie zweryfikowało moje myślenie o tej pracy.

Pierwsze lata pracy to był tak naprawdę okres nauki i intensywnego nabierania doświadczenia. Kolejne stopnie awansu, konieczność przygotowywania się do każdej lekcji, uczestnictwo w projektach edukacyjnych, szkolenia, prowadzenie dokumentacji szkolnej, wtedy jeszcze wyłącznie papierowej, wywiadówki, konferencje, wycieczki szkolne, festyny, praca w komisji egzaminacyjnej, prowadzenie kółka teatralnego i wiele innych nowych obowiązków. To był duży wysiłek, który na szczęście nie poszedł na marne. Nie tylko wysiłek, bo także przyjemność, energia i entuzjazm, które wyzwalają się same w twórczej pracy z młodzieżą.

Przyjemnie mieć sukcesy, ale kto nie popełnia błędów i nie ma trudnych chwil? Przyznaję, że nastał taki okres w życiu, kiedy chodziłam do pracy trochę za karę. Inaczej to sobie wyobrażałam. Nie tego chciałam. Irytowało mnie, że uczniowie na lekcjach nie uważają, że gadają, nie chcą się uczyć. Imponowali mi nauczyciele, którzy twardą ręką utrzymywali na lekcjach dyscyplinę. Zazdrościłam im tej umiejętności i próbowałam postępować tak jak oni. Ale nie udawało mi się to. Kiedyś zapytałam kolegi, takiego z prawdziwym autorytetem, jak on to robi. Powiedział mi coś, co trochę otworzyło mi oczy. Powiedział, że nie ma jednej recepty. Każdy jest inny i musi znaleźć własną drogę. Cóż to za porada? Dla mnie jednak był to jakiś początek. Nauczyciel, który coś udaje, nie jest autentyczny, nie będzie dla uczniów wiarygodny. Przestałam ślepo naśladować innych nauczycieli, zwiększyłam swoją uważność, żeby stać się najlepszą wersją siebie jako nauczyciela.

Teraz potrafię lepiej gospodarować swoją energią. To jest strasznie ważne w tym zawodzie, gdzie ciągły kontakt i interakcje z przeróżnymi ludźmi wymagają przynajmniej spokoju i opanowania. Uczniowie, rodzice, inni nauczyciele czy pracownicy szkoły mają swoje wyobrażenia, oczekiwania, nawet roszczenia i bez przerwy trzeba w związku z tym podejmować wiele decyzji, reagować, nie tracąc przy tym kontaktu z samym sobą. A wspaniale jest  odczuwać przy tym radość, pasję, być kreatywnym przewodnikiem, który służy innym.

Trochę starsze pokolenie wspomina swoich nauczycieli jako osoby cieszące się autorytetem niejako z urzędu. Osoby, których się bano, bo nauczyciel mógł zdzielić linijką po łapie, a jak się dziecko w domu poskarżyło, to mu jeszcze ojciec albo matka poprawili. „I dobrze było! Dzieci wiedziały, gdzie jest ich miejsce i że nauczyciela trzeba szanować!” – mówią starsi i kręcą z politowaniem głowami nad tą współczesną, „rozpuszczoną” młodzieżą. A niektórzy marzyciele idą jeszcze dalej i chcą za wszelką cenę przywrócić stary i „jedynie słuszny” system. Można dzieci ubrać w mundurki i od razu ładniej to wygląda, porządniej.  Och, żeby tak je jeszcze bardziej upupić! Odbierzmy im telefony i internet! Jest to trochę oszukiwanie siebie i zaklinanie rzeczywistości. Współczesny nauczyciel nie jest świętą krową, która pracuje cztery godziny dziennie, ma mnóstwo przywilejów i jeszcze te wakacje, które są solą w oku innych grup zawodowych. Ciężko pracujemy, zwijamy się, dwoimy i troimy, żeby wypełniać naszą misję. Łatwiej i skuteczniej jest to robić przy wsparciu dyrekcji, kolegów, rodziców, przy sympatii uczniów. Ja na szczęście doświadczam tego i to mi daje bardzo pozytywnego kopa. Bardzo za to całe dobro i pozytywne sygnały jestem wdzięczna.

Lubię swoich uczniów i w ogóle lubię ludzi. Interesują mnie. Uwielbiam patrzeć jak się zachowują, układam w głowie mini historyjki, których są bohaterami. Dobra.. wiem, myślicie, że mam nierówno pod sufitem;) Jednak receptą dla mnie okazała się uważność i sympatia do świata i ludzi, z którymi codziennie mam do czynienia. Inna sprawa, że już teraz pomaga mi także mój wiek i doświadczenie. Fajnie jest też mieć dystans do siebie. Czasem jak nie mogę spełnić oczekiwań moich uczniów, bo jestem postawiona między człowiekiem a procedurami jak między młotem a kowadłem, to mówię : „No co ja mogę? Ja tu tylko sprzątam.” W domu też tak mówię czasem i dodaję „… i to nie za często”, bo to fakt, szkoła mnie wysysa i zdarza mi się, że jadę na energetycznej rezerwie. Na szczęście moi chłopcy to wrażliwe istoty, dużo czytają, myślą i potrafią zrozumieć, że matka nauczycielka też jest tylko człowiekiem.

Pewnie się mi dostanie za to archiwalne już zdjęcie, ale czy to nie jest piękne, jak tak sobie czytamy razem? Nawet Michał – więzień Azkabanu miętoli jakąś książeczkę w łóżeczku;)

krzewienie czytania

6 myśli w temacie “Obyś cudze dzieci uczył!”

      1. Pająk na podłodze:) tam naprawdę były TAKIE pająki;) dobrze, że wtedy o nim nic nie wiedziałam!;) i jeszcze fotograf;)

Dodaj komentarz